lukasz.proszek.info

Powrót do spisu relacji

Wyjazd w Gorce

mapka trasy pochodzi z przewodnika "Gorce z plecakiem" wydanego przez Wydawnictwo Bezdroża. Właścicielem praw autorskich do tej mapki jest w/w wydawnictwo. Przewodnik można nabyć drogą kupna korzystając z księgarni internetowej.

Skład drużyny

  1. Łukasz Proszek (frogu)
  2. Krzysztof Dorosz (cypreess)
  3. Karol Adamczyk (ponte)
  4. Arnold Zaraska (AILO)

Relacja z wyprawy

Godzina 6:00

Czyli środek nocy. Na ulicach stada zabieganych i zaspanych ludzi. Pędzą pewnie do pracy. Frog przybył na miejsce spotkania równocześnie z Cypreessem. Niedługo później dotarli Ailo i Ponte. Brakowało tylko Madzi. Jedynej kobiety, która odważyła się pójść na wycieczkę organizowaną przez dwóch szaleńców (patrz relacja z wyprawy na Zawrat). Po wykonaniu krótkiego telefonu wszystko stało się jasne: Madzia śpi :] Wsiedliśmy więc w RAB-BUSa i wyruszyliśmy w drogę.

Godzina 7:30

Dotarliśmy na dworzec busowy w Rabce (jeżeli zasługuje to na taką nazwę) gdzie Ponte udał się do sklepu uzupełnić zapasy (pieczywo), a my podziwialiśmy pana w koparko-spychaczu przetaczającego tam i z powrotem dużą bryłę ziemi. Już wtedy wiadomo było, że to nie będzie normalny dzień. Po tej dawce śmiechu wyruszyliśmy ulicami Rabki szukając wejścia na czerowny szlak wiodący na Maciejową. Minęliśmy park, w którym z Frog i Ailo kilka lat temu na "Zielonej Szkole" klasy 2F Sobieszczaków delektowali się tanim winem. Będąc typowymi mieszczuchami zagadaliśmy się i zgubiliśmy drogę. Dopiero zaintrygowany naszymi plecakami i kierunkiem marszu tubylec wskazał nam poprawny kierunek. Nareszcie opuściliśmy teren zabudowany.

Po małym postoju na śniadanie, kiedy to po raz pierwszy minęły nas dwie przedstawicielki płci odmiennej, wyruszyliśmy na Maciejową (815). Drogę pokrywało błoto po niedawnym deszczu.

śniadanie:frog śniadnie:Ailo droga na Maciejową droga na Maciejową - widok na

Maciejowa

Kolejne miejsce, na widok którego Frogowi i Ailo powróciły wspomnienia z czasów gdy było się jeszcze pięknym i młodym (teraz już się nie jest młodym), a nogi potrafiły wynieść na taką wysokość nawet zmęczone wczorajszą analizą zawartości miejscowego monopola ciało :). Po krótkim podziwianiu lokalnych dekoracji w stylu modern-eko-feng-shui postanowiliśmy poszukać dogodnego miejsca, w którym można by przeładować zawartość plecaka do żołądka. Doskonały do tego okazał się stolik, przy którym... licząc ilość napisów około 10-15 razy stołować się musiał Marian Panek, dla którego (jak się miało później okazać) nie było miejsca nie do zdobycia w tych górach. Następnie udaliśmy się przez Jaworzynę Ponicką do schroniska pod Starymi Wierchami.

Stare Wierchy

Po drodze minęliśmy kilka ewenementów lokalnej architektury w postaci furtki postawionej przy drodze... samej furtki :). Po szybkim lecz odświeżającym marszu dotarliśmy do schroniska PTTK pod Starymi Wierchami gdzie zrobiliśmy krótki postój na (kolejne) śniadanie (bułki i kawa bądź herbata). Chwilę podziwialiśmy piękno lokalnej przyrody... ahhh te turystki :). Nie obyło się także bez "Łoscypki. Pozłotemu. Duze pocy". Z oferty jednak nie skorzystaliśmy.

Tymczasem na niebie zaczęły gromadzić się chmury, z których nawet mało wprawny meteorolog wywróżyłby pogorszenie pogody, skutkiem czego był natychmiastowy wymarsz obserwowanej przez nas przyrody... niestety szlakiem na Nowy Targ. To tylko przyspieszyło naszą decyzję o wymarszu w dalszą drogę, w kierunku Turbacza, którą jak wszystko wskazywało, mieliśmy kontynuować samotnie. (... Niektórzy uczestnicy wyprawy stracili jakby dodatkową motywację, by dalej "piąć" się górę, bez nadzieii na lepszy widok (ehh, te nogi zasłonięte zwiewną sukienką), lecz łudząc się w duchu że na Turbaczu spotka ich "coś" równie miłego podążyli przed siebie...)

furtka przy drodze na Jaworzynę Ponicką. Ailo odpoczywa cały skład w komplecie ciemne chmury spowiły niebo którędy by tu pójść oczywiście na Turbacz

Droga na Turbacz

Rzeczywistość jednak w sposób bardzo brutalny zburzyła naszą wizję samotnej wędrówki w kierunku szczytu, gdy natknęliśmy się na chmarę bliżej nieokreślonych, wrzaskliwych stworzeń gatunku ludzkiego, w towarzystwie reprezentatna czarnej mafii o bardzo wybujałej wyobraźni. Ksiądz ten próbował na wszystkie sposoby przekazać swym owieczkom chociaż cząstkę swej ogromnej, acz wątpliwej wiedzy czego skutkiem były wypowiedzi "Drzewa dzielą się na iglaste, liściaste i mieszane...", "maczeta to taki duży nóż, którego ma przewodnik i przecina nim zrosty..." wyzwalające w naszej ekipie niepohamowaną radość. U dzieci skutek był odwrotny - raz znudzenie: "a pooocooo myyyytaaaam wogóóóóleeee idziiiieeeeemyyyyy???", raz rozbudzone fantazje: "A ja do gokarta to bym założył taaaakie koła(po czym wskazanie na wysokość nieco nad głową)", a czasem chęć współzawodnictwa: "Oni nie mogą nas przegonić! Przegonili...".

Pnąc się w kierunku szczytu napotkaliśmy niesamowite a zarazem tragiczne zjawisko... Otóż w pewnym momencie przez środek szlaku leżały przewrócone trzy drzewa. Po sprawnym pokonaniu przeszkody zauważyliśmy, że to jedynie skromny wstęp do tego co mieliśmy ujrzeć. Wszystkie drzewa na stoku góry leżały połamane jak zapałki bądź powyrywane z korzeniami... Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć w wiatrołomie, kontynuowaliśmy naszą wędrówkę na Turbacz, który już prześwitywał pośród kilku drzew, które przetrwały tą prezentację sił natury. Przez najbliższe pół godziny przesunęliśmy się około 1 km ponieważ kluczyliśmy pomiędzy resztkami tego, co kiedyś było lasem.

nowy but Cypreessa przyroda wyraźnie nie chciała żebyśmy dotarli do celu drzewa połamane jak zapałki imponujących rozmiarów drzewa powyrywane z korzeniami

Turbacz zdobyty

W końcu ujrzeliśmy wysoki betonowy słup, cały popisany przez ludzi, którzy przechodząc tędy musieli o tym oznajmić wszystkim przyszłym turystom. Pośród nich znalazł się także i nasz dobry znajomy ze schroniska na Maciejowej - Marian Panek;) Teraz należało jeszcze udokumentować wszystko na zdjęciach i ruszyć do schroniska, które już bardziej było słychać niż widać zza drzew.

szczyt zdobyty szczyt zdobyty krzyż na szczycie Marian Panek tu był

Schronisko na Turbaczu

Po dojściu do schroniska zarządzona została dłuższa przerwa - na obiad (tak dla odmiany bułki), podczas której mogliśmy się oddać obserwacji zwyczajów gatunku ludzkiego w wieku podstawówka/gimnazjum. Największą radość sprawiała im zamontowana na końcu węża szczotka, służąca do mycia butów, do czasu, aż jeden z kolegów uprzejmie jej nie zepsuł. Wtedy dzieciakom nie pozostało nic innego jak obczaić kibel, w którym by można zajarać. Potem jeszcze był czas na drzemkę (5min) na słońcu, analizę architektury schroniska (po co im 3 anteny satelitarne? - ach ta cywilizacja) i decyzja o wymarszu i tak odwlekana jak tylko długo się dało.

lekkość architektoniczna schroniska na Turbaczu czyżby zmęczony? nawet satelitę tu mają

W drodze na Kiczorę

Minęło jednak trochę czasu nim na dobre udało nam się opuścić schronisko, ponieważ każdy z naszej dzielnej ekipy miał inne pojęcie o kierunku szlaku podążającego w kierunku Knurowa. Po ustaleniu wspólnej wersji ruszyliśmy bacznie obserwując oznaczenia szlaku i porównując je z treścią przewodnika. Po pewnym czasie, na zmiane wyprzedzając i będąc wyprzedzanym przez zorganizowaną grupkę babć doszliśmy przez Halę Długą pod bacówkę zachęcającą tanimi noclegami i swojskim jedzeniem. Nie daliśmy się jednak skusić i kontynuowaliśmy wyprawę, niestety już w nieco wolniejszym tempie gdyż Cypreess zaczął uskarżać się na ból pod kolanem, które pomimo posmarowania maścią i zabandażowania dawało mu się we znaki. Gdy dotarliśmy na Kiczorę zauważyliśmy, że po ścigającej nas mafii babć już ani śladu. W takiej sytuacji bez obaw o własne życie mogliśmy zjeść kolejną tego dnia porcję bułek i ruszyć dalej.

łąki polany i lasy w drogę! patrz bocian. Uratowani! ?

Zejście do Knurowa

Nasz wypad miał się zakończyć szybkim zejściem do Knurowa. Zejście było dość strome. Na szlaku aż do noclegowni nie spotkaliśmy żywej duszy. Jako, że byliśmy dość zmęczeni zapytaliśmy przedstawicieli lokalnej ludności o przybliżoną odległość do szosy. Otrzymawszy (pierwszy, lecz nie ostatni raz) odpowiedź "''pińcet metrów''" bez namysłu ruszyliśmy dalej. Po przejściu kilometra kontynouwaliśmy marsz szosą. Po następnych 2km zapytaliśmy miejscowego jak daleko do Knurowa (pińcet metrów) i jak daleko do przystanku PKS (jeszcze pińcet metrów). Po Godzinie marszu osiągnęliśmy cel. Wieś Knurów. Podniesieni trochę na duchu udaliśmy się na przystanek (te kolejne pińcet metrów). Na szczęście po dordze był przystanek BUSików. Zapytawszy pewnej kobiety o odległość do przystanku PKS (jakieś pppp...ięć minut) zadowoliliśmy się czekaniem na BUSa. BUSem dojechaliśmy do Nowego Targu a następnie PKSem do Krakowa.

zabudowania gospodarcze widoczek knurów... jeszcze pińcet metrów widoczek zmęczeni... ale ciągle stoją Cypreess jak widać jeszcze żyje Knurów!... najkrótsza wieś w Polsce :] cel osiągnięty